O autorze
Kocham muzykę (jazz,soul, funky, blues,rock, pop).
Kocham radio (od wielu lat pracuję w Radiu Łódź).
Teraz też kocham blogować (zapraszam także na Ether Jazzu).

Krzysztof Lenczowski jeszcze raz udowodnił swoją "wewnętrzną melodią", że człowiek ma w sobie wiele piękna.

Ostatnio przeprowadziłem uniwersytecką rozmowę na temat sensu kupowania płyt z muzyką, skoro wszystko można już dzisiaj znaleźć w internecie. Mój rozmówca postanowił zatrzymać jedynie najważniejsze dla niego albumy i zaprzestać dalszego rozszerzania swojej kolekcji. Na pytanie, co zrobi, gdy usłyszy nowe genialne nagrania - tak znakomite, że nie będzie mógł się oprzeć pielęgnowanej latami pokusie, by kupić i zatrzymać na własność - odpowiedział, że pozbędzie się następnej pozycji ze swoich zbiorów, uznając ją za mniej wartościową. Podporządkowując się tej zasadzie, ciekawe ile płyt można by było wyrzucić po wysłuchaniu najnowszego albumu Krzysztofa Lenczowskiego. Nie, nie proponuję tego sprawdzać, ale płytę "Internal Melody" proszę sprawdzić natychmiast!



Jak twierdzi Krzysztof Lenczowski, "Internal Melody" oznacza melodię, którą każdy z nas odczuwa bardziej fizycznie niż duchowo. Trochę się z nim nie zgodzę, biorąc pod uwagę klimat tej muzyki. Niesamowicie działający nie tylko na zmysł słuchu, skupiony na wyławianiu wielu wspaniałych niuansów w tym ich graniu, ale również wpływający na naszą wciąż niezbadaną do końca emocjonalność.

A propos stwierdzenia "w tym ich graniu", na płycie "Internal Melody" obok Krzysztofa Lenczowskiego można usłyszeć Jana Smoczyńskiego, Tomasza Harry Waldowskiego i Grzecha Piotrowskiego. Zdaję sobie sprawę, że każdej z tych osobowości należałoby poświęcić więcej miejsca, z jednej strony biorąc pod uwagę inne ciekawe projekty, w których biorą udział (Krzysztof Lenczowski jest znany przede wszystkim z Atom String Quartet), z drugiej strony właśnie w kontekście wytworzonego na tej płycie klimatu.

Nie bez znaczenia jest chociażby udział Grzecha Piotrowskiego w nagraniu tego albumu. Niezmiernie go cenię za uduchowienie, którym wręcz emanuje za każdym razem podczas grania. Zapewne to miało kolosalny wpływ na mój osobisty odbiór "Internal Melody".


Jeśli chodzi o pozostałych muzyków, w wywiadzie z Krzysztofem Lenczowskim postawiłem tezę, jakoby pozowolił im pozostać sobą, korzystając jedynie z ich wyjątkowych zdolności i oryginalności.

Powiem więcej, nie tylko słyszę tego samego znanego Janka Smoczyńskiego, ale poznaję jego delikatniejszą naturę, z której być może nawet nie zdawałem sobie sprawy, słyszę wiele więcej w grze Tomasza Harry Waldowskiego, co nie znaczy, że wcześniej go niedoceniałem.



Kończąc temat emocji, mam nieodparte wrażenie, że zmieniające się co rusz postrzeganie rzeczywistości, czego wielokrotnie doświadczyłem w trakcie słuchania "Internal Melody", nie wynika z radykalnie następujących po sobie ekstremalnych momentów, a doskonale poprowadzonej opowieści, złożonej z ośmiu odrębnych kompozycji autorstwa Krzysztofa Lenczowskiego.



Teraz z kolei o tym, że zgadzam się z Krzysztofem Lenczowskim, gdy mówi o "Internal Melody", jako melodii, którą odczuwa się wręcz fizycznie. Tak się dzieje dzięki zabiegowi użycia tempa zbliżonego do bicia ludzkiego serca, a także skorzystania ze skali wiolonczeli, zbliżonej do ludzkiego głosu. Bezsprzecznie to niesamowicie wpływa na intensywność naszych doznań.

Krzysztof Lenczowski powoli wzbudza dźwięk, po czym moduluje go w czasie, byśmy mogli poczuć całym swoim ciałem takie samo napięcie. I rzeczywiście odczuwamy, kompletnie tym faktem zachwyceni (Krzysztof Lenczowski jeszcze raz udowodnił swoją "wewnętrzną melodią", że człowiek ma w sobie wiele piękna). A kiedy wszystko się wycisza, jeszcze na długo pozostaje w nas charaktersytyczne drżenie, jak podczas przeżywania czegoś naprawdę wyjątkowego.



Jakby tego było mało, niezaprzeczalnie utwory na tej płycie fascynują również szczegółami, których odkrywanie sprawia ogromną radość nawet po wielu przesłuchaniach. Niedocenienie tych wszystkich elementów byłoby zbyt wielkim niedopatrzeniem, ale pozostawię ich mnogość do odkrycia każdemu, kto zdecyduje się posłuchać "Internal Melody".

Tak czy inaczej, proszę zwrócić uwagę na genialnie dopracowane aranżacje, sprawiające, że słucha się całości bez wytchnienia, a co ważniejsze, bez jakiegokolwiek zmęczenia, choć przecież nie zawsze najważniejsza jest piękna melodia.

Tak, w przypadku "Internal Melody" mamy do czynienia z muzyką wrecz kompletną. Jej złożoność nie utrudnia słuchania, melodyjność w jakikolwiek sposób nie upraszcza formy.

Jest pełna emocji przy jednoczesnym zachowaniu perfekcji wykonania. Została doskonale przemyślana, a mimo wszystko wciąż się wydaje, że daje ogromne możliwości do improwizowania.

I wreszcie otwiera przed nami nową przestrzeń, pełną niesamowicie pięknych kolorów.



Na zakończenie, wracając do myśli o wyższości jednej muzyki nad inną, nie mogę zaprzeczać, że płyta płycie nierówna. Wcale bym się więc nie zdziwił, gdyby ktoś rzeczywiście uznał, iż musi się pozbyć kilku albumów ze swojej półki, aby zrobić więcej miejsca dla tego nowego Lenczowskiego. Bo warto...

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...